• Książka
  • Tim Guénard w Polsce

Człowiek nie jest skazany na powtarzanie wpojonych schematów. Ma siłę wzrastania i przezwyciężania doświadczeń traumatycznych.
W tym kontekście świadectwo Tima Guénard jest szczególnie cenne. Odwołując się do swojego trudnego dzieciństwa, mówi: „nie zgadzam się by mówiono: jaki ojciec, taki syn” , by uzasadniać przemoc w rodzinie.

Rozmowa z Timem Guénard:

W książce pt. „Silniejszy od nienawiści” opowiedział Pan o wczesnych latach swojego życia. To ciężka przeprawa. Jakim cudem nie załamał się Pan? Co pozwoliło przetrwać? 

T.G. Na początku była to nienawiść. Żyłem pragnieniem zemsty. Chciałem zabić ojca, który wyrządził mi tyle zła. Rosnąca wściekłość zjadała mnie od środka. Stałem się niewolnikiem własnej przeszłości.  Na szczęście pojawiły się w moim życiu osoby, które odmieniły moje życie i swą obecnością wygładziły moje serce. Moje życie było czarno-białe, ale czasem zdarzało się lśnienie koloru. Długo trwało przełamywanie się – by odważyć się kochać. Potrzebowałem wiele czasu by dojść do siebie i do wewnętrznego pokoju. Istnieje jednak Łaska.

Czym dla Pana jest Łaska? 

T.G. To coś, co otrzymujemy za darmo. Przychodzi skądś, ale nie wiem skąd. To dar. Dziś mówię, że pochodzi od „Big Bossa”, ale dotknęła mnie podczas słuchania osób opowiadających swoją historię. Ich cierpienie mnie poruszyło, umożliwiło oderwanie się od zasklepienia na własnych ranach.

Sprzeciwia się Pan powtarzalnym schematom. Pana życie jest najlepszym przykładem, że nie ma determinizmu genetycznego, psychologicznego czy rodzinnego. 

T.G. Tak, wciąż powtarzam i nie przestanę tego mówić: człowiek nie jest na ziemi by reprodukować, ale by tworzyć nowe. To przesłanie niejednego uratowało od pogrążenia w rozpaczy, czy też od samobójstwa. Nie zgadzam się by mówiono, „jaki ojciec, taki syn”, aby wytłumaczyć przemoc. Nie lubię słuchać dziennikarzy czy też adwokatów, którzy podczas omawiania jakiś dramatycznych zdarzeń mówią ze spokojem „ten człowiek zgwałcił, bo sam był zgwałcony w dzieciństwie”. Takim stwierdzeniem odbierają człowiekowi prawo do rozwoju. Mamy nie tylko unikalne DNA, ale także serce i inteligencję. Właśnie to pozwala nam tworzyć. Na początku moja pamięć była moim najgorszym wrogiem. Pragnienie zemsty ciążyło nad myślami. Trochę trwało zanim odważyłem się powiedzieć, że pamięć, jak bolesna by nie była, jest po to, aby stać się naszą najlepszą przyjaciółką.

Czyli nie zapomnienie, tylko transformacja? 

T.G. Tak. Jeżeli podejmiemy próbę wymazania swojej przeszłości, to cierpienie skumuluje się. Ukryte w swego rodzaju szybkowarze, pewnego dnia wybuchnie. Każde cierpienie musi zostać wyrażone – to daje wolność i przywraca radość w sercu. Pokochanie swojej przeszłości natychmiast od niej uwalnia, jakkolwiek twarda i przerażająca by nie była. Najczęściej jednak zachowujemy się jak uciekinierzy. Nie chcemy widzieć i rozumieć swoich reakcji. Uświadomiłem sobie, że uciekam przed szczęściem. Postanowiłem to zmienić.

Czy to była praca psychologiczna? 

T.G. Nie. Po prostu ludzie kochali mnie bardziej, niż ja sam siebie. W L’arche Jeana Varnier’a spotkałem niepełnosprawnych, którzy witali mnie mówiąc „dzień dobry” i kładąc rękę na moim sercu. Stopniałem. Nareszcie spotkałem istoty żywe! Dotąd czułem się dobrze tylko wśród dzikich zwierząt.

Był Pan głęboko poruszony bezwarunkową akceptacją dominikanina – Ojca Tomasza. 

T.G. Żyłem bez religii i miałem awersję do wszystkiego co religijne. Spotkałem wielu chrześcijan, którzy kochając Boga zapomnieli kochać ludzi. Ojciec Tomasz zaproponował mi rzeczy, których nie znałem. Spróbowałem np. „przebaczenia Chrystusa”. Najlepiej zadziałała delikatność tego człowieka. Dzisiaj, kiedy przyjmuję w swoim domu przestępców, czy też narkomanów, przypominam sobie moje pierwsze spotkanie z nim: „nie chodzi o to, aby Bóg stał się największą miłością, ale aby czuć się kochanym przez Boga.” On był zawsze dostępny i pełen łagodności. Nie oceniał i nie miał gotowej odpowiedzi na wszystko. Ukazał mi ogrom wyobraźni, jaki trzeba rozwinąć, aby kochać bezwarunkowo – by zamiast poniżenia, upokorzenia sprawić, żeby drugi człowiek lśnił.

Słowo zachęty, czuły gest mogą przenosić góry i przekształcić całą egzystencję. Ale skąpi się tych słów, tych gestów… 

T.G. Kiedy pytam: ” powiedzieliście swoim rodzicom, swoim dzieciom, swoim przyjaciołom, że ich kochacie?”. Przeważnie słyszę odpowiedź: „nie, oni to dobrze wiedzą”. To poważny błąd, jeśli się tego nie mówi, to pozostawia się rysę w sercu. Uwaga, którą poświęcamy drugiej osobie jest sposobem na delektowanie się jego pięknem i na odkrywanie, co pięknego jeszcze w sobie nosi. Pamiętam, że jako dziecko przyglądałem się wystawom cukierni: okrągłym ciastom, dekorowanym perełkami lub piętrowym tortom. Ponieważ nie było widać drugiej strony, mogłem ją sobie wyobrażać. Było to zaproszenie do delektowania się, nie do konsumowania. Podobnie jest z ludźmi, którzy są na naszej drodze. Często mówię: można się spóźnić ze wszystkim, z wyjątkiem uczuć.„Wiedzieć, że się jest kochanym i słyszeć jak ktoś to do ciebie mówi, to magiczny eliksir przeciwko przemocy.” 

Przemoc rozwija się wśród coraz młodszej młodzieży. Dla tych chłopców i dziewcząt, które nie wahają się torturować rówieśnika lub zabić dorosłego, czy wystarczy czułe spojrzenie, słowo zaufania? 

T.G. Nie, nie wystarczy. Nawet jeśli tym młodym ogromnie brak miłości i nadziei. To, co pozwoliłoby im wyjść z sytuacji, która się pogarsza i poszerza, to zaproponowanie im więcej programów o treściach pięknych, szlachetnych, pozytywnych, co pełnych przemocy i niezdrowych.  Pokazanie im tych wszystkich, którzy się starają, którzy próbują wyjść z alkoholizmu, narkotyków, przemocy. Te przykłady zrobiłyby wiele dobrego, rozbudziłyby wyobraźnię i nadzieję u innych. Tu także chodzi o przerwanie kręgu powtórzeń. Pokazanie młodym, że człowiek jest tu by tworzyć.

Odwiedza Pan więzienia, daje świadectwo w szkołach, prowadzi wiele konferencji, jednym słowem nie szczędzi trudu. Czy to po to by powiedzieć, że wierzy Pan w człowieka? 

T.G. Nie staram się pomagać innym, ale sprawić by zalśnili. Słucham innych, przyglądam im się jako bytom unikalnym, a nie zwyczajnym. Czuję ukryte piękno każdego. Dawać zaufanie i odwagę drugiemu, doceniać go, to właśnie nazywam sprawianiem, że ktoś zalśni. W społeczeństwie zuboża się ludzi, bo chce się im pomóc. Chcieć pomóc komuś, to uczynić go zależnym, dłużnym. Nie mamy do tego prawa. Ja mówię o towarzyszeniu, jest to relacja wzajemności, w której zgadzam się też przyjąć coś od drugiej osoby. To jedyna „pomoc” lub „pomoc wzajemna”, która jest.

Dla Pana nikt nie jest stracony ani „zepsuty” , mimo, że Pana tak określono w okresie dorastania? 

T.G. Żyłem długie miesiące na ulicy, było mi bardzo zimno i zdychałem z głodu. Chodziłem na targowiska, żeby zdobyć resztki. Były tam gruszki, zgniłe jabłka. Mogę Pana zapewnić, że zawsze jest kawałeczek, który nie jest zgniły w owocu: tak więc dochodzimy do sedna. Ktoś może być dumny z bycia zgniłym jabłkiem, ale pozostają pestki.  Z pestek posadzonych w ziemi może pojawić się piękne drzewo. Dając świadectwo przebytej drogi pełnię funkcję oracza.

W swojej ostatniej książce, dziękuje Pan swej matce, że dała Panu życie. Przecież porzuciła Pana, gdy miał Pan trzy lata.. 

T.G. Ale to dzięki niej mogę doświadczać tych pięknych rzeczy, które przeżywam dzisiaj. To ona dała mi ciało i dar życia. I to pozostaje najsilniejsze, pomimo jej odejścia.  Tak warto było cierpieć! I szczerze mówiąc, wiedząc, co przeżywam dzisiaj, jeżeli trzeba by ponownie przeżyć wszystkie potworne lata mojej młodości, powiedziałbym OK.

Źródło: evolute.fr/connaissance-soi/resilience-au-dela
Autor: Jacqueline Kelen
Tłumaczenie: Izabela Wiewiór

Share →