• Książka
  • Tim Guénard w Polsce

Tima i Martine Guénard dzieliło wszystko – on był dzieckiem opieki socjalnej, ona – arystokratką. Mimo tych różnic są małżeństwem od ponad trzydziestu lat.

„Tim, kiedy go poznałam, nie przypominał żadnego z moich przyjaciół.” – mówi Martine – „był dobrze zbudowany, umięśniony, miał długie włosy i nosił buty motocyklowe. Na jego skórzanej kamizelce widniał orzeł zjadający móżdżek. Robił błędy, mówiąc po francusku. Lubił się popisywać i swobodniej czuł się w towarzystwie zwierząt niż ludzi.”
Pochodząca z arystokracji, wykształcona i dystyngowana Martine poznała Tima w Arce w Trosly-Breul, gdzie pracowała jako pomoc osób niepełnosprawnych. Tim, jako dziecko opuszczony przez matkę i maltretowany przez ojca, znał przede wszystkim ośrodki pomocy społecznej i domy poprawcze, ringi bokserskie i życie na ulicy. Kiedy Martine zaprosiła go do swojego domu w paryskiej, szykownej VII dzielnicy, owa różnica była widoczna gołym okiem. Tim nie wiedział nawet, jak posługiwać się sztućcami. „Ona była doskonała, jak ze snu” przypomina sobie Tim, na balkonie ich wielkiego domu. „Miała dobre maniery, nie to co ja…” Mimo tych, wydawać by się mogło, olbrzymich, niemożliwych do pokonania różnic, od ponad trzydziestu lat kroczą wspólna drogą, a owocami ich związku jest czworo dzieci, w wieku od 15 do 32 lat oraz wnuki.
Mieliśmy jedną, wspólną, istotną cechę: pragnienie Boga” – zdradza Martine – „To Bóg pozwala nam pokonywać różnice w guście czy pochodzeniu. Bóg jest tym, który łączy”. „Nie miałem po co jej mówić, że się różnimy” – wtrąca Tim – „ona się nie bała! To mi pomogło. To było moje wyzwanie. I właśnie to dodało smaku naszej miłości!”
Zanim Martine zaangażowała się w związek z Timem poprosiła Boga o znak. „Dostałam jasną odpowiedź. Od tamtej pory nie miałam żadnych wątpliwości i nigdy nie żałowałam, że za niego wyszłam, nawet w trudnych momentach.”
A tych nie brakowało. Na początku związku reakcje Tima były gwałtowne – przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć. Podczas obiadu u teściów Tim potrafił wyjść w połowie posiłku, a kiedy urodziło się ich pierwsze dziecko uciekł do lasu. „Czułem się nie na swoim miejscu” – opowiada Tim – „ubranie, zachowanie… W środowisku Martine mówiono do siebie czule. Miałem wrażenie, że w ich towarzystwie uchodzę za ścierę do podłogi. W rzeczywistości to nie inni ludzie mnie nie akceptowali. Cierpiałem, bo sam nie potrafiłem sobie ofiarować akceptacji”.
Po ślubie młodzi zamieszkali niedaleko Lourdes. „Tim bał się spotkań z ludźmi, toteż nie mieliśmy żadnego życia towarzyskiego. Dla mnie tamta izolacja była bardzo trudna.” Przezwyciężyli trudności i przetrwali te pierwsze 10 lat wspólnego życia dzięki miłości. „Na szczęście miałam kilkoro znajomych z pracy,” – kontynuuje Martine – „bardzo pomogła mi modlitwa.”
Teraz, gdy patrzą na swój związek z perspektywy czasu, różnice wydają się być dla nich cennym darem. „To wręcz wielki prezent” – mówi Tim – „bo bez przerwy coś nas zaskakuje. Pod warunkiem, że się ciągle wymienia poglądy, pogłębia komunikację, żeby lepiej zrozumieć reakcje drugiej osoby i móc się dostosować. To duży wysiłek”. Szczególnie dla Tima. Każdego dnia pokazuje gestem lub słowem, że chce zrobić coś lepiej. „Niezwykle cenne jest pozostać uważnym, aby sobie nawzajem dziękować i prosić o wybaczenie, kiedy się zraniło drugą osobę”.
Martine i Tim budowali swoje wspólne „ja” stopniowo, krok po kroku. „Robiliśmy sobie przykrość mimo, że tego nie chcieliśmy, bezwiednie” – żałuje Tim – „Bywaliśmy mało delikatni nawet tego nie zauważywszy. Wiara w tego samego Boga dała nam możliwość zaakceptowania siebie, rozbudziła chęć bycia lepszymi. Bez tego cały czas oczekiwalibyśmy, że to ta druga osoba się zmieni! Bóg to również siła przebaczenia. Bez naszej wspólnej wiary, od początku skazani byli byśmy na niepowodzenie”.

Źródło: Famille Chretienne
Autor: Florence Briere-Loth
Tłumaczenie: Izabela Wiewiór
Redakcja tekstu: Karolina Sandak
Share →